Pyrkon 2018 - minęło, ale jak było?

Ten wpis miał powstać w ciągu kilku dni. No. Tak właśnie miało być. Powstawał jednak znacznie dłużej, za co mogę przeprosić jedynie tych, którzy na niego czekali. Nie chciałam jednak odpuścić i pisałam choć po kilka zdań dziennie.
A po trzech tygodniach wywalilam wszystko i zaczęłam od nowa.
Efektem jest krótka refleksja o tegorocznym Pyrkonie, kawałek o mojej prelekcji oraz na koniec osobiste rozważania dotyczące bloga. Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku - jeśli chcesz się dowiedzieć tylko tego, jak było na konwencie, nie czytaj całości. Ale nie obrażę się, gdy mimo wszystko dotrwasz do ostatniej kropki (czy też wykrzyknika).

Pyrkon 2018 - festiwal fantastyki


Moja bytność na Pyrkonie nie ma jakiejś szalenie długiej historii. To był dopiero trzeci raz, lecz i tak pokuszę się o pewne porównania z poprzednimi edycjami, bo mam wrażenie, że coś się zmieniło. I to na lepsze.
Tym razem poczułam się, jakbym naprawdę była na festiwalu, a nie na imprezie masowej nastawionej tylko na zysk. Zresztą kto wie, może zysku dużego nawet nie będzie, bo uczestników jakby mniej niż rok temu. Za to prawdopodobnie najmłodszego z nich nosiłam w chuście, karmiłam w różnych mniej lub bardziej ustronnych miejscach i przewijałam w specjalnym kąciku na terenie Bloku Dziecięcego. I w tym miejscu chcę po raz pierwszy oficjalnie pochwalić organizatorów - zadbanie o przewijak oraz pozwalanie na karmienie w tym kąciku bardzo ułatwiły mi życie i uczyniły pobyt Skrzata vel Księcia na Pyrkonie naprawdę zadziwiająco komfortowym. Podejrzewam, że inni rodzice maluszków podpisaliby się pod moimi słowami bez wahania. To naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy można brać udział w takiej imprezie razem z dzieckiem, a przy tym nie przeszkadzać innym. Co ciekawe, Patricia Briggs, z którą rozmawiałam trochę, gdy rozdawała autografy, zachęcała do wejścia z małym na panel z zagranicznymi autorami, bo nikt nie będzie miał pretensji, nawet jeśli dziecko zapłacze. Była o tym przekonana, więc najwyraźniej takie doświadczenia ma już za sobą. I to też było miłe, bo oczywiście moja w tym głowa, by dziecko było cicho, ale też stres mniejszy, jeśli coś by się zadziało.

Skoro już wspomniałam o jednym zagranicznym gościu, to od razu napomknę, że ten Pyrkon miał co najmniej +500 do zajefajności, ponieważ była Felicia Day <3 i nie tylko mam jej autograf, ale też zdjęcie. Oraz dałam jej czekoladę i dzięki temu zostałam jej ulubioną przypadkowo napotkaną osobą na kilka sekund ;) Jest chyba tylko jedna osoba z branży filmowej, dla której pojechałabym na Pyrkon chętniej - Nathan Fillion. Swoją drogą Felicia uświadomiła mi, że "Dr Horrible" w tym roku obchodzi dziesięciolecie. Jak to? Już?! Oddajcie mi ten czas, który gdzieś zniknął!

A w ogóle to malutkie dziecko jest wspaniałym sposobem na skupienie uwagi. I pretekstem do porozmawiania. Lub zrobienia zdjęcia. Lub zebrania dedykacji od Carda przy autografie (w tym samym czasie oznajmił swojej towarzyszce, że wszystkie polskie dzieci są bardzo ładne). Tak to działa, jak ma się maluszka. Zwłaszcza maluszka, który nie płacze za dużo. Tak na marginesie... być może to perspektywa matki sześciotygodniowego niemowlaka zaburzyła mi postrzeganie całego konwentu. Bo zajmując się dzieckiem, nie nastawiałam się na obecność na jakiejkolwiek prelekcji czy panelu, przez co ominęły mnie kolejki. Na hali wystawców byłam krótko, ponieważ panująca tam duchota i hałas bardzo przeszkadzały Księciu. Ogólnie spędzałam czas przemiło, głównie w znajomym towarzystwie. Z tego miejsca chcę podziękować Ali, Mateuszowi oraz ekipie z ŚKF (kolejność alfabetyczna... tak mniej więcej ^^') - tak fajny Pyrkon to z pewnością też i Wasza zasługa!

Jakieś minusy? Cóż, trafiłam na dwa panele dyskusyjne i oba pozostawiły we mnie niedosyt. Zwłaszcza panel m. in. z Robin Hobbs. Ta kobieta ma tak cudowny sposób mówienia, a prawie się nie odzywała, bo nie miała okazji. Żałuję strasznie. I dochodzę do wniosku, że polscy moderatorzy nadal mają zaburzony stosunek przyznawania głosu gościom a sobie. Oraz pilnowania niektórych panelistów. Może następnym razem będzie inaczej...

Miała być krótka refleksja o konwencie, a się rozpisałam. Następnym razem stworzę post o wdzięcznym tytule "10 powodów, dla których uważam konwent X za udany". Podsumowując: było naprawdę świetnie, na luzie, festiwalowo. Wszystko działało sprawnie, organizatorzy dopilnowali różnych szczegółów, gżdacze byli bardzo pomocni, a Skrzat osobiście dziękuje za kącik z przewijakiem. Mój świeżo założony zeszycik z autografami zawiera kilka cennych wpisów oraz dwa rysuneczki (rakiety i kojota). Na moim dysku jest kilka pamiątkowych zdjęć, w tym znajomego pisarza z mym dziecięciem na rękach. Ja zaś mam za sobą kolejną przeprowadzoną prelekcję.

Moja prelekcja w dwóch odsłonach


Przyznam szczerze, jeszcze na początku roku zastanawiałam się, czy dam radę  pojechać na Pyrkon z niemowlakiem. Wahałam się i już nawet gotowa byłam odpuścić, ale wtedy napisała do mnie Ania Nowicka, która zajmuje się Blokiem dla Początkujących. Poznałyśmy się rok wcześniej. Ania zapytała, czy zamierzam znów się zgłosić z programem. Zastanowiłam się i zaproponowałam prelekcję. Jej tytuł brzmiał "Daleko jeszcze? Jak (nie)skończyć pisać?". Było to naturalne rozwinięcie poruszanego na poprzednim Pyrkonie tematu o zaczynaniu pisania. Na etapie szykowania wystąpienia okazało się, że ilość informacji, jakie chciałabym przekazać, znacznie przekracza wyznaczone dwadzieścia minut. Chcąc nie chcąc, musiałam to okroić, zyskując jednak całkiem sporo materiału na później, chociażby do kolejnych wpisów. Bo takowe się szykują, jeśli by ktoś pytał. W ogóle szykuje się sporo - ale o tym później.

Teraz natomiast chciałabym wspomnieć o samym wystąpieniu. Właściwie były dwa, ponieważ Blok dla Początkujących rządzi się swoimi prawami. A prawa te są nieubłagane - prelekcja jest krótsza, bo dwudziestominutowa, za to powtórzona dwukrotnie. Przyznam szczerze, jest to pewne wyzwanie, choć zarazem ta forma zadziwiająco mi odpowiada. Tym razem musiałam dopilnować jeszcze wszystkiego logistycznie, ale się udało.
Pierwsze wystąpienie zaczęłam z zachustowanym Skrzatem, który jednak po chwili się obudził, więc szybko oddawałam go uzgodnionej opiekunce (Alu, raz jeszcze dziękuję!). Ku mojemu osobistemu zaskoczeniu byłam... zdenerwowana. I nie, wcale nie dzieckiem. To było raczej tak, że skoro jestem tu kolejny raz, to najwyraźniej nie było źle. Czyli trzeba się postarać. W ten oto sposób sama sobie narzuciłam presję. Dopiero w połowie gadania uświadomiłam sobie, że jest to przecież punkt programu skierowany do osób początkujących, a więc powinnam się skupić na podstawach. I nie muszę się stresować, że nie powiem wszystkiego, bo ani się nie da w tak krótkim czasie, ani nie ma takiej potrzeby. Z tą świadomością wrócił komfort psychiczny, którego tak mi brakowało. To dlatego druga prelekcja była dużo lepsza i naprawdę mam nadzieję, że osoby słuchające pierwszej nie żałowały przyjścia.
Swoją drogą to było niesamowite, ile miałam pytań po moim wystąpieniu. Chcę za nie wszystkie bardzo podziękować, ponieważ stały się moją inspiracją. Sporo spisałam, marzę, by dostawać ich jeszcze więcej. Mam również nadzieję, że dyskusje, jakie po nich wynikły, przyniosą wiele dobrego.

Chcę również przez moment wychwalać Anię oraz jej gżdaczy. Organizacja naprawdę z jej strony wzorowa (jedynie mam wrażenie, że warto dopilnować, by w biurze festiwalowym też wszystko wiedzieli), kontakt mailowy bez problemu, w razie potrzeby podała również swój numer telefonu. Nie było też problemów z salą, zaś gżdacze pilnowali wszystkiego na miejscu. A po wszystkim zapytała o informacje zwrotne, co jest bardzo ważne przy każdym projekcie. I tak, odważyłam się jej napisać, że pierwsze wystąpienie było troszkę słabsze, ale drugie w moim odczuciu zdecydowanie dobre. Może dzięki temu będziemy jeszcze współpracować w kolejnych latach ^^

Wszystkim obecnym na moich prelekcjach dziękuję za przybycie. Spisywanie tej wiedzy jest w toku, zamierzam wreszcie powrzucać to i owo na mój blog. Mam nadzieję, że nie będę prokrastynować tym razem i uda mi się regularnie prezentować kolejne wpisy.

A skoro o prokrastynacji mowa...


..to wcale nie prokrastynowałam, pisząc ten post! No, może prawie wcale. Opóźnienie wynikło raczej z nałożenia się sytuacji rodzinnej (dziecko) na mój perfekcjonizm (nie polecam). Efekt był taki, jak wspominałam na początku - napisałam wszystko od nowa. Nadal nie jest idealnie, lecz postanowiłam mimo wszytko wreszcie opublikować wpis o Pyrkonie, bo inaczej doczekam się kolejnego konwentu.
Prawda jest taka, że zależy mi na regularnym pisaniu tutaj. Nie obiecam, że będzie to co tydzień, zresztą chyba nawet do tego nie dążę. Ale mam już zaplanowanych kilka tematów do poruszenia. Chciałam się jednak zapytać Ciebie, czy jest coś konkretnego, co według Ciebie powinno się znaleźć na blogu okołopisarskim? Z chęcią uwzględnię to w swoich planach.
Druga sprawa to szablon. Tak, idzie zmiana. Dlatego jeśli masz jakiekolwiek sugestie, napisz mi o nich, proszę. Może być w komentarzach, może być w mailu (ladyv.pisarka na gmailu). Będę wdzięczna za wszelkie pomysły i uwagi.
Tymczasem zaś idę spać, bo jutro chciałabym przysiąść do kwestii listy mailingowej. Oraz do kolejnej notki. Oraz do czytania książki nominowanej do Nagrody Zajdla. Oraz... stop. Po kolei. Sen najpierw.

Niech Wena będzie z Tobą!

Komentarze

  1. Droga Lady V.
    Zacznę kulturalnie od prywaty :P Dziękuję za podziękowania. Chociaż wsparcie dla Lady jest już tak naturalne, że aż.. naturalne ;)
    Co to samego Pyrkonu, staż mam dłuższy, ale całkowicie mogę potwierdzić, że klimat tegorocznego festiwalu w końcu zaczął przypominać nieco bardziej zaludnioną wersję Pyrek, które odbywały się jeszcze na Dębcu w podstawówkach. Uczestnicy byli jakby bardziej promienni, Gżdzacze mniej zestresowani, a sama organizacja w końcu przestała przypominać nastawioną na kasę machinę. Jednym słowem - cudownie.
    Twoja prelekcja też była bardzo dobra. Gdyby nie była, pewnie nie pojawiłby się na niej tak szacowny gość ;) Stres faktycznie dało się z początku wyczuć, ale też szybko wciągnęłaś się w swoją opowieść i jakoś tak miałem wrażenie, że wszyscy wychylali się ku Tobie, żeby Cię lepiej słyszeć ;)
    Co zaś do prokrastynacji. Trzeba nam kopnąć nasze panic monsterki, żeby przestały się wylegiwać na hamakach i zaprząc je do roboty.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Skąd czas na pisanie, gdy czasu brak?

Polcon 2018