Kącik książkowy - styczeń-luty 2017

Na samym wstępie przepraszam za brak postów, ale okazało się, że jeszcze szukam czegoś, co mogłabym nazwać chyba własnym głosem. Albo własnym pomysłem na pisanie tutaj. Sama do końca nie wiem. Wiem natomiast, że wymyśliłam sobie, jakie notatki się pojawią kiedy i... nic z tego nie wyszło. Głównie dlatego, że przeceniłam nieco swoje ogólne możliwości. Poza tym starałam się napisać coś, co pojawiło się w mojej głowie i wiedziałam, że muszę skończyć przynajmniej jeden fragment, by historia nie uciekła. A jak już nie pisałam, to nadrabiałam czytanie, bo mam ogromne zaległości. Skoro zaś o czytaniu mowa...
Odgrażałam się, pisząc o planach, że zamierzam mieć coś, co roboczo nazwałam "Książkomanią". Jednak nazwa nie do końca mi pasowała, bo mania wcale nie jest pojęciem pozytywnym. Dlatego chwilowo stanęło na zupełnie zwyczajnym "Kąciku książkowym", co jest mniej odkrywcze, a bardziej prawdziwe, jako że uwielbiam czytać wtulona w kąt mojej kanapy. 

Okazało się, że do dnia dzisiejszego udało mi się przeczytać siedemnaście książek i ebooków oraz jeden komiks. Bardzo chciałam wrzucić swoje własne oceny tych pozycji (może poza komiksem), jednak okazało się, że najzwyczajniej w świecie post byłby tak paskudnie dłuuuuuuuuuugi. Poza tym średnio mi odpowiada forma zwykłego wpisu z recenzjami. Ciężko potem będzie je znaleźć. Myślałam sporo i jeszcze nie wymyśliłam nic zadowalającego mnie, niestety. Ale jako że coraz bliżej do przeprowadzki na WordPressa, przynajmniej mentalnie, to wybrałam wyjście pośrednie. Cały komplet przeczytanych w pierwszym półroczu książek dzielę na kilka grup. Chciałam tworzyć do nich choć podstrony, lecz to mi jakoś nie leży. A później, jak już będzie po przeprowadzce, to postaram się te opinie uporządkować ładnie w oddzielnej zakładce. Taki jest z grubsza plan, choć czasem plany kochają wziąć w łeb.

Poza tym kiedy będzie już porządek, to prawdopodobnie rozpiszę mój wewnętrzny system oceniania. Przeliczam go sobie również na gwiazdki na GoodReads czy Lubimy Czytać, co wcale nie jest takie oczywiste. Dlatego rozpisuję również te wyniki. Na ten moment nadmienię tylko, że składowe to: fabuła, świat, bohaterowie, styl i język, odbiór ogólny. A jako że nie jestem krytykiem literackim, to wszystkie te rzeczy są postrzegane subiektywnie. I co ważne - to ocena tekstu, nie autora. Natomiast zawsze chcę się starać znaleźć osoby, którym dana książka się spodoba i je wskazać. 

W dzisiejszej notce udział biorą:
-> Kolor Magii
-> Blask Fantastyczny
(aż wstyd się przyznać, ale początek roku miałam bardzo ciężki i nic prawie nie czytałam, rozkręciłam się dopiero w drugim kwartale)

***

Terry Pratchett "Kolor magii"
Terry Pratchett "Blask fantastyczny"

Zdecydowałam się połączyć omówienie "Koloru magii" i "Blasku fantastycznego" jako swoistego dwuksięgu, który jest ze sobą nierozerwalnie związany. Tym bardziej, że oceny tych pozycji są dość zbliżone, no bo... w zasadzie to jest całość. I już. Tyle wyjaśnień. 

"Kolor magii" to pierwsza książka o Świecie Dysku. Czytałam ją już dawno temu - prawdę mówiąc od niej zaczęłam poznawanie tej serii i jak się okazało, słusznie uczyniłam. Z dwóch powodów. Po pierwsze ten tom rzeczywiście otwiera cały cykl. To tu poznajemy pojawiające się później postacie. Do dziś nie wiem, jakim cudem przekonały mnie one do czytania kolejnych części, bo ich tak właściwie nie polubiłam. Ot, nie w moim typie. Na szczęście nie zdołały mnie zniechęcić do dalszej lektury. Po drugie i chyba jednak dla mnie ważniejsze, ciężko jest powrócić do tej książki oraz następującego bezpośrednio po niej "Blasku fantastycznego", gdy poznało się więcej twórczości Pratchetta. Chyba dlatego tym trudniej będzie mi dokonać oceny. 

Dla osób, które nigdy nie słyszały o Świecie Dysku, krótki wstęp. W przestrzeni kosmicznej płynie sobie spokojnie wielki Żółw. Na jego grzbiecie stoją cztery słonie podtrzymujące Dysk. A na Dysku toczy się życie - a czasem również nieżycie, gdy w odwiedziny przychodzi Śmierć. Istnieje tam magia, która ma nawet swój własny kolor (oktarynowy). Istnieją zatem i magowie. Nie istnieją natomiast turyści, a przynajmniej nie istnieli, bo oto na scenie pojawia się Dwukwiat, czyli Pierwszy Turysta Dysku, w dodatku z samobieżnym Bagażem. Jest też mag Rincewind, w którego umyśle zamieszkało jedno z ośmiu Wielkich Zaklęć i tak się tam panoszy, że dla żadnego innego zaklęcia, nawet najzwyczajniejszego, nie ma miejsca. Dwukwiat i Rincewind wpadają na siebie zupełnym przypadkiem, co niektórzy mogliby nazwać szczęśliwym zrządzeniem losu, a inni wręcz przeciwnie. Dalej można poczytać o przygodach bohaterów i ich gorączkowym unikaniu śmierci. Oraz Śmierci. I przy okazji o ewentualnym ratowaniu świata. 

Czytając obie książki, można łatwo dojść do wniosku, że to po prostu zbiór opowiadań powiązanych ze sobą głównymi postaciami. Mimo to jednak daje się prześledzić główny wątek. Dwukwiat chce zwiedzać. Rincewind mniej lub bardziej dobrowolnie służy za przewodnika. Zaś w tle dzieje się coś, czego nikt z początku nie zauważa, ale może mieć doniosłe skutki dla całego Dysku. Prawdę mówiąc, dzięki temu tłu stopień skomplikowania fabuły przewyższał wiele innych książek, które miałam w łapkach. A niby to tylko lekka fantastyka. Jednocześnie były momenty, kiedy działo się coś, co było nie do przewidzenia dla czytelnika. Takie deus ex machina. Przyznaję, miało to uzasadnienie, co zauważyły nawet postacie, lecz psuło trochę zabawę. Do tego pewne rozwiązania były zbyt toporne jak na mój gust, a całość kojarzyła się chwilami z twórczością amatorów, nie książką profesjonalnego pisarza. Choć w sumie na tym etapie Pratchett dopiero wstępował na drogę swojej kariery...

Jako że jest to początek cyklu, cały Świat Dysku jest jeszcze niedojrzały, a jego potencjał ledwie zaznaczony. Dotyczy to również postaci, które później na stałe wpiszą się w krajobraz. Najbardziej zauważyłam to na przykładzie Śmierci. Później się go po prostu uwielbia, tu jest ciekawy, ale nie chwytający za serce. Tak naprawdę to był dopiero jego zarys. Znacznie pełniej przedstawiony jest Rincewind czy Dwukwiat, tylko co z tego, skoro żadnego z nich nie darzę ogromną sympatią. Choć jedno muszę przyznać, są to bohaterowie wyraziści, postępujący zgodnie ze swoim charakterem, a raczej tym, co o nich wiemy. Nie sposób również zaprzeczyć, że to oni popychają fabułę do przodu, aczkolwiek nie zawsze czynią to dobrowolnie. Poza nimi pojawiają się bogowie grający dla rozrywki losami śmiertelników, Cohen Barbarzyńca czy Bibliotekarz, jak również mnóstwo innych osób. Wszystko to daje przedsmak czekających w przyszłych książkach dobroci Świata Dysku. To zalążek czegoś niesamowitego i gdzieś między słowami czuć to, jak wiszącą w powietrzu obietnicę.

Nie miałam do czynienia z książkami Pratchetta w oryginale, choć powoli się do tego szykuję. Tymczasem jednak ciężko mi oceniać język, w jakim był pisany cały cykl. Nadrobię to, obiecuję, i uaktualnię zapewne tę opinię. Podobno polskie tłumaczenie jest bardzo dobre, lecz nie idealnie wierne. Głównie z powodu tego, że się nie da. Książki pełne są gier słownych i oddanie ich było z pewnością wyzwaniem. Czy się udało? Słyszałam, że tłumaczenie Piotra Cholewy jest nawet zabawniejsze niż pierwowzór, ale to może być taka legenda miejska. Czyta się jednak przyjemnie, choć obecnie dostrzegam ogólną słabość stylu. I niestety psuła mi ona lekturę. 

Podsumowując, jeżeli ktoś nie czytał dalszych części cyklu o Świecie Dysku, nie powinien tak mocno odczuć wad pierwszych tomów. Dają one pewien pogląd na to, co kryje się za horyzontem - zaś tam naprawdę warto zmierzać. Ani "Kolor magii" ani "Blask fantastyczny" nie są literaturą ambitną, lecz po ponad trzydziestu latach od powstania nadal bawią i wyróżniają się na tle innych książek fantastycznych. Śmiem twierdzić, że są historią, są klasyką i są całkiem w porządku, nawet jeśli styl kuleje. A to że ja akurat nigdy nie przepadałam za Rincewindem i Dwukwiatem, to już zupełnie oddzielna sprawa. 

Moja ocena: 16/25 + 14/20 + 12/20 + 10/20 + 8/15 = 60/100
Goodreads: 2/5 (jest ok)
Lubimy czytać: 5/10 (przeciętna) 

Dla kogo są to książki?
- dla osób, które zaczynają poznawanie Świata Dysku - absolutnie obowiązkowa i nawet jeśli nie zachwyci, nie warto się zniechęcać
- dla miłośników mieszania zabawnych scen, szalonych pomysłów, wyrazistych choć niezbyt skomplikowanych postaci

- dla szukających innego, niekoniecznie poważnego podejścia do fantastyki

***

Tyle na dzisiaj. Wyjdzie mi przez to zupełnie dziwny w planach notkowych lipiec, ale jakoś się mocno nie przejmuję. A kolejne oceny już jutro! :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Skąd czas na pisanie, gdy czasu brak?

Polcon 2018

Pyrkon 2018 - minęło, ale jak było?