Książki w rozmiarze XXL

W  ramach mojego wyzwania czytelniczego na rok 2017 uzupełniam sobie listę książek do przeczytania. Tak się zdarzyło, że od różnych znajomych pożyczyłam to i owo, a potem wpadłam w wir życia i praktycznie nic z tego nie oddałam. Kiedy ostatnio zerknęłam na te książki, okazało się, że przynajmniej kilka z nich jest dość grubych. Najpierw zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle mam szansę wygrać wyzwanie, skoro na przykład jeden tom ma pół tysiąca stron, ale potem uznałam, że co: ja nie dam rady? Później zaś moje myśli zdryfowały nieco na ogólniejsze rozważania. Co z tego mi wyszło?


Taka gruba książka to ma ciężkie życie… ot co.

Z punktu widzenia czytelnika, im więcej stron, tym większa obietnica. To idealne miejsce na mocno rozbudowaną fabułę, na wiele wątków pobocznych, na soczyste opisy, które tylko lepiej nakreślają klimat opowieści. W opasłych tomach postacie mają czas, by się zaprezentować z godnością, by być czymś więcej, niż cieniem przemykającym między jedną sceną a drugą. A autor? Autor może pochwalić się swoją kreatywnością, swoim doskonałym warsztatem i umiejętnością snucia wciągających historii, które sprawiają, że ich odbiorcy nie potrafią przestać przewracać kolejnych kartek. Nawet kiedy jest już środek nocy. Albo kiedy trzeba się uczyć. No przecież tylko do końca rozdziału... Zajrzę do następnego...

Bo dobre książki to pułapka na czytelnika. A im są większe objętościowo, tym łatwiej w nich ugrzęznąć. Wciągają jak bagno, oblepiając nas sobą, przez co z każdym kolejnym akapitem ciężej się od nich oderwać. Tylko że nie każda długa opowieść musi być dobra. Ilość słów nie świadczy o ich jakości, o czym czasem zbyt łatwo zapomnieć.

Dla niektórych pisarzy długie historie okazują się jednak horrorem. Gdyby swoją opowieść zawarli w znacznie krótszej formie, książka tylko by na tym zyskała. Tacy twórcy przeklinają oczekiwania czytelników, którzy chcą stać się posiadaczami jak największej ilości zadrukowanego papieru. O ile oczywiście mają świadomość swojego pisania. Znacznie gorzej, jeśli wydaje im się, że ich teksty są świetne, bo przecież słowa same spływają na klawiaturę. Z własnego doświadczenia wiem, jak łatwo jest przesadzić, szczególnie kiedy pisze się "na tempo". Na szczęście potem przychodzi etap redakcji i wykreślania... co wcale nie jest łatwe, przynajmniej dla mnie. Ale to oddzielny temat.

W każdym razie warto zapamiętać, że nie zawsze więcej znaczy lepiej. Także w objętości tekstu.

Życie grubej książki wiąże się też z czytelnikiem. Dlatego bywa ciężkie. Dosłownie. Bo przecież opasły tom swoje waży. Jak go w rękach trzymać? Położyć na stole, to sam się zamyka i trzeba wciąż pilnować niesfornych stron. A zabrać gdzieś? Kłopot ze spakowaniem, a i taką "podręczną" lekturę może odczuć nasz kręgosłup. No dobrze, nieco przerysowuję. Ale spróbowalibyście pomykać sobie radośnie z tym, co macie zazwyczaj przy sobie, oraz na przykład dłuższą powieścią Kinga. No dobrze, w takim przypadku trochę ułatwiają życie ebooki, jednak nie każdy musi posiadać czytnik. I może się zdarzyć, że gruba książka zostanie znienawidzona za sam swój wygląd. Nawet jeśli w środku ukrywa warte uwielbiania skarby.

Ja przyznam, że przy mojej kreatywności pomysły na fabułę są raczej z gatunku tych "tuczących". Nawet bardzo. Jednak niezmiennie wierzę, że kiedyś będę umiała bardziej opanować warsztat - bo uważam, że właśnie warsztat jest najważniejszy w takim wypadku - i łatwiej będzie mi okiełznać pisanie.

Tymczasem na liście dłuuuugich tekstów do przeczytania wylądował jakiś czas temu najlepszy podobno fanfik do Harry'ego Pottera. Ale tyle stron? TYLE?! 

A Ty lubisz czytać książki XXL? Daj znać w komentarzach. A ja wracam do jednej z moich lektur.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Skąd czas na pisanie, gdy czasu brak?

Polcon 2018

Pyrkon 2018 - minęło, ale jak było?