Dzień Kota

Tak się złożyło, że postanowiłam pisać na tym blogu głównie w piątki. W wersji idealnej: regularnie co tydzień. W wersji realnej - w miarę regularnie, przynajmniej raz na trzy tygodnie. Nie spoglądałam wcześniej do kalendarza, by ustalić, jakie święta w owe piątki wypadają. Nie zamierzałam zresztą o nich w żaden sposób pisać, aż tu zaskoczył mnie Dzień Kota. I okazał się być świętem bardzo pisarskim.


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że mam sentyment do Dnia Kota, choć sama takiego zwierzaka nie posiadam. Jednak wielokrotnie różne osoby nazywały mnie kotem i zresztą sama w pewnym momencie uznałam, że bycie Kotem Marrrudem to po prostu moja natura. A zatem lutowe święto mogłabym obchodzić. Po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że właściwie każdy pisarz by mógł. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Kocie cechy pisarza

Brzmi to może początkowo nieco zabawnie, ale ja naprawdę uważam, że pisarz powinien mieć kilka cech, które kojarzą nam się z kotami. Od razu też chciałam zastrzec, że ich lista powstała na podstawie licznych opowieści, jakimi dzielili się ze mną znajomi kociarze. I że jest bardzo subiektywna.

Oczywiście na początek musi pojawić się chodzenie własnymi ścieżkami. To chyba jasne, że pisarze nie powinni być jedynie marnymi kopistami innych autorów. O nie. Czytelnicy nie oczekują kalek ze znanych już powieści, szczególnie gdy owe kalki są nieudolne, a tak się niestety najczęściej zdarza. Wręcz przeciwnie, Czytelnicy często szukają czegoś nowego, świeżego. Jakiegoś intrygującego głosu w tłumie. Własne ścieżki pomagają pisać własnym głosem. Pamiętaj o tym.

Pisarz powinien również, co może zabrzmieć dziwnie, spoglądać na świat z góry. Nie oznacza to jednak wywyższania się! Chodzi mi raczej o pewien dystans, jakiego potrzebuje twórca, kiedy kreuje bądź co bądź nowe tło dla opowiadanej przez siebie historii.

Kolejną cechą jest bycie nieprzekupnym i posiadanie własnych planów. Ha! Czy ktokolwiek, kto ma kota, może zaprzeczyć, że zwierzak ten tylko pozornie daje się obłaskawiać? Owszem, głaskaj, dawaj smakołyki, baw się… ale pamiętaj: robisz to tylko dlatego, że ci pozwalam. Jeśli uznam, że nie mam na to ochoty, dam wyraźnie do zrozumienia. A Ty, właścicielu, ciesz się z mojej łaski. Taka postawa w pewien sposób kojarzy mi się też z pisaniem, szczególnie gdy zaczyna się mieć wiernych Czytelników. Na pewno sprawiłoby im przyjemność, gdyby mieli poczucie, że książki pisane są dla nich i pod ich gusta. Ale nie oszukujmy się. Pisze się dla własnego ego (przynajmniej w dużej mierze tak jest). Czytelnik może wierzyć, że to jego prośby i groźby ocaliły jednego z bohaterów, podczas gdy tak naprawdę pisarz po prostu podsunął jakąś postać, by można było przejmować się jej losem. A sam wybija innych, zgodnie z własnymi założeniami…

Jeśli chcesz być pisarzem, naucz się mruczeć. Dosłownie też, ależ proszę bardzo. Jednak ja piszę teraz o mruczeniu metaforycznym. Dajesz się głaskać, łechtać swoje ego, to wyraź zadowolenie. Mruczący kot ma w sobie coś takiego, że chce się tego mruczenia słyszeć jeszcze więcej,  więc ręka sama głaszcze. Jak pisarz zacznie mruczeć Czytelnikom, to oni jakoś bardziej będą skłonni chwalić i doceniać. Możesz nie wierzyć. Ale najpierw spróbuj.

I oczywiście, że konieczna jest umiejętność pokazania pazurków w razie konieczności oraz zdolność spadania na cztery łapy. Świat jest jaki jest. Czasem trzeba mu przypomnieć, że pisarze potrafią zawalczyć o swoje, a jeśli coś się nie powiedzie, to i tak dadzą sobie radę. W końcu mają niezwykle kreatywne umysły, a skoro tak sprawnie opowiadają historie wymyślonych bohaterów, to czemu nie mogliby tworzyć własnej?

Koty nadprzyrodzone

W niektórych kręgach kulturowych koty to zwierzęta magiczne lub nawet wysłańcy bogów. I śmiem twierdzić, że właśnie dlatego również mogą kojarzyć się z pisaniem. W końcu to czynność pełna magii i mająca w sobie coś z działań demiurga. Kto inny poza pisarzem potrafi z taką łatwością kreować nowe światy lub tchnąć życie w postacie, które ledwie chwilę wcześniej mogły być zaledwie małą ideą w głowie?

Tak, jest w tym coś magicznego. Kiedy słowa same się pojawiają. Kiedy postacie robią, co chcą, a pisarz może jedynie przypatrywać się temu i skrupulatnie to notować. Kiedy przypadkowa scena nagle okazuje się być kluczowa, choć twórca w ogóle tego nie przewidział aż do momentu, gdy sam to dopiero pojął. Nie wiem, czy każdy pisarz przeżywa coś podobnego. Ale znam wiele osób, które piszą i potwierdziłyby moje słowa. A zatem jest w tym coś nadprzyrodzonego, choć trochę. Przynajmniej w moim odczuciu.

Dziewięć żyć

Podobno koty mają dziewięć żyć. Ten koncept mnie w pewien sposób zauroczył. Był i jest pomysłem, który idealnie uzupełnia moje spostrzeganie siebie. Bo dziewięć żyć to dziewięć wcieleń. W tym wypadku - pisarskich.

Tak, przyznaję, mam problem ze zdecydowaniem się na konkretny profil w swej twórczości. Zupełnie jakby trzeba było to robić… Ale dziś, w Dniu Kota, doszłam do wniosku, że nie będę się na siłę ograniczać. Że pozwolę sobie stworzyć nie jeden, lecz dziewięć profili. Być może do każdego zastosuję inne nazwisko czy pseudonim (choć nie zamierzam ukrywać, że jest on mój). Być może dzięki temu powstanie przynajmniej dziewięć różnorakich książek, co z kolei może być ciekawym eksperymentem pisarskim. Nie wiem jeszcze dokładnie, co z tego wyjdzie. Ale każde z wcieleń przedstawię na blogu, o ile będę go nadal prowadzić.

I nie, powyższe słowa nie zwiastują schizofrenii ani rozmnożenia jaźni. Raczej idealnie wpisują się w moją rolę życiową, bo coraz częściej się okazuję kimś takim jak Jack of all trades. I co najważniejsze, bardzo mi z tym dobrze.

Na zakończenie cytat o jednym z najbardziej znanych kotów, czyli Kocie z Cheshire. W poniższym tłumaczeniu określany jest on mianem Dziwaka, ale i tak wstawiam tam jego prawidłowe określenie i od razu lepiej mi się czyta.

– Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo. (Lewis Carroll, tłum. Antoni Marianowicz)

Właśnie odkryłam w tym kawałku prawdę o pisaniu książek! A nigdy wcześniej tak na niego nie patrzyłam… Jeśli nie wiadomo, dokąd się zmierza w powieści, może się okazać, że jej ukończenie będzie wymagało znacznie więcej czasu. Takiego pisania “dość długo”, by się dostać do epilogu. Ależ interesujące myśli potrafią się pojawić podczas pisania posta na bloga.

A tak na marginesie, to święto pisarzy jest trzeciego marca. W tym roku też w piątek. Czyli jest spora szansa, że wspomnę o nim coś na blogu. Tymczasem zaś kończę, zadając Tobie tylko jedno pytanie: kot czy nie kot?

Sprzyjającej Weny!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Skąd czas na pisanie, gdy czasu brak?

Polcon 2018

Pyrkon 2018 - minęło, ale jak było?